Uncategorized

Encyklopedia Muzyki Industrialnej online

Prace nad czwartym, ostatnim woluminem “Encyclopaedia of Industrial Music” w nieprzyzwoity sposób się opóźniają. Główną przyczyną jest brak tłumacza. Dotychczasowy jakiś czas temu z różnych powodów musiał porzucić to niewdzięczne zajęcie. Więc gdyby ktoś chciał na finiszu wspomóc ten projekt, zapraszam w tej sprawie do kontaktu ze mną przez FB lub powszechnie udostępniany adres e-mailowy: impulsystetoskopu@yahoo.com. Póki co, specjalnie dla polskiego czytelnika, przygotowałem skromną stronę z polską wersją tej encyklopedii. Sukcesywnie będą tam pojawiać się zmodyfikowane/poprawione biografie wykonawców z papierowego/promocyjnego polskiego wydania sprzed blisko 9 lat oraz całkiem nowe, nie tylko z pierwszych liter alfabetu. Mam nadzieję, że ten pomysł przypadnie wam do gustu. Wszelkie uwagi, spostrzeżenia oraz inne zastrzeżenia, nie tylko merytoryczne, są mile widziane!

https://encyklopediamuzykiindustrialnejpl.wordpress.com/

Advertisements

COSEY FANNI TUTTI “ART SEX MUSIC” książka

Blisko tydzień temu dotarła w końcu do mnie ta książka. Początkowo czytałem ją bez użycia słownika, ale dostrzegłem, że zbyt dużo ciekawych detali oraz istotnych niuansów mi umyka. Postanowiłem więc dokładniej ją tłumaczyć. Nie jest to zwyczajna biografia. Ma charakter wybitnie refleksyjno-nostalgiczny i, co najważniejsze, rozliczeniowy. Nie ma tu przypadkowych wspomnień, choć pozornie może się wydawać inaczej. Te wszystkie historie opowiedziane przez autorkę mogą nam nie tylko dość wiernie przedstawić atmosferę angielskiego miasta z lat 50. i 60., co jest już wartością samą w sobie, ale przede wszystkim, lepiej zrozumieć jej wrażliwość artystyczną oraz specyficznie ukształtowaną postawę społeczną. Możemy także wychwycić w jej wczesnym i późniejszym dzieciństwie uruchomiony mechanizm kontestacji, źródła feministycznego oporu, a także nietypowej seksualności. Poniżej przedstawiłem, na zachętę, przetłumaczonych przeze mnie pierwszych 12 stron książki. Jej sporą część stanowią przepisane zapiski z pamiętników Cosey, które zaczęła prowadzić od 1966 roku. Mają one nieocenioną wartość, szczególnie w kontekście mało znanych, aczkolwiek niezwykle ważnych, szczegółów jej związku z Genesisem P-Orridgem oraz drobiazgowych opisów performerskich występów zarówno w COUM Transmissions, Throbbing Gristle, jak i autorskich przedsięwzięć artystycznych. Być może ktoś z polskich wydawców (po cichu liczę na Wydawnictwo Krytyki Politycznej) będzie chciał tę pozycję książkową wydać w Polsce. Gorąco namawiam! Warto!

cosey 2

Twój poród był skomplikowany, powiedziała mi mama. Urodziłam się ze zgiętym lewym łokciem i piąstką mocno wetkniętą w podbródek, jak w tej rzeźbie Rodina Myśliciel. Dodała wtedy, z uśmiechem, Zawsze byłaś skomplikowana.

Wybranym imieniem dla dziecka było Christopher; spodziewano się chłopca – ale nic z tego nie wyszło. Zmieniono wówczas na Christine, a na drugie dodano Carol, które stało się moim głównym imieniem… łącznie z ksywkami Tuppence, Sputnik, Caz, czy też późniejszymi aliasami Cosmosis, Scarlet i Cosey. Tak wiele imion – ale tylko jedno „ja”.

Tuż przed wybiciem północy 4 listopada 1951 roku, w szpitalu położniczym Hedon Road, znajdującym się pomiędzy cmentarzem a więzieniem. Tak rozpoczął się pierwszy rok z moich dwudziestu jeden lat spędzonych w mieście portowym Hull – w tamtych czasach miejscowości z najwyższym poziomem przestępczości w Anglii. Pomimo dewastacji wojennych kipiało ono energią i niosło mieszkańcom nadzieję na lepsze życie. Kwitnąco rozwijały się tutaj rybołówstwo oraz przemysł wytwórczy, panowało niskie bezrobocie, natomiast likwidacja slumsów z jednoczesną budową nowych domów sprzyjała tworzeniu klimatu pozytywnej zmiany.

Tak duże nadzieje na poprawienie bytu w obliczu zniszczeń powojennych, powszechnie rozumiane samo – przetrwanie, a także konfrontacyjna i bezkompromisowa postawa spowodowały, co nie było dziwne, że ludzie często stawali się tępakami z takich czy innych powodów. Mimo to istotna przemoc skupiała się wokół pijaństwa oraz konfliktu pomiędzy rybakami z trawlerów, marynarzami, modsami, skinheadami czy też członkami Teddy Boys i Hells Angels. Każdy omijał szerokim łukiem rybaków z trawlerów, których nazywaliśmy „Fisher Kids”. Kiedy obładowani wracali z połowów, z wypchanymi portfelami, rzucali rodzinom trochę gotówki, a następnie, nie zdejmując z siebie tych biało-niebieskich, dwuszlicowych „Fisher Kid” garniturów, szli prosto do pubów, by tam się upić i wszcząć bójki. Byli strasznymi chlejusami, jak robotnicy portowi i marynarze, ale z daleka wyróżniało ich to charakterystyczne ubranie. Unikaliśmy z nimi kontaktu, nie tylko przy przechodzeniu przez ulicę, ale w każdej możliwej sytuacji. Tak wyglądał otaczający mnie świat, mimo to uwielbiałam go.

Miałam około 3 lata, siedziałam w swoim wózku spacerowym, który pchała mama, obok szła moja babcia Rarity i moja siostra, Pam, trzymająca się tego wózka. Słońce świeciło. Miałam na sobie bawełnianą, letnią sukienkę i byłam przepełniona głębokim uczuciem szczęścia, ciepła oraz miłości, uśmiechając się, spoglądałam w górę na rozpromienione twarze, które się na mnie wpatrywały. To pierwsze doświadczenie czułości określiło moje wyobrażenie, jak miłość powinna wyglądać. Dzięki temu kluczowemu przeżyciu, które zaistniało w tak wczesnym wieku, mogłam też później rozpoznać, kiedy coś się nie układało w moim życiu lub gdy sprawy szły we właściwym kierunku.

Co ważne, nie dzieliłam tak radosnych chwil z żadnym członkiem rodziny od strony ojca. Babcia Rarity była matką pierwszego męża mamy, Donalda, pilota RAFu. Pobrali się w 1941 roku, ale wkrótce on zginął w czasie działań wojennych. Mama była załamana, natomiast babcia zdruzgotana, ponieważ Donald był jej jedynym dzieckiem, a męża swojego straciła już po siedmiu latach małżeństwa. Traktowała mamę jak córkę, a ona z kolei uznawała ją za pewien substytut matki (mama straciła swoją w 1939 roku). Ja i moja siostra stałyśmy się najbardziej ukochanymi wnuczkami babci, którą swego czasu odwiedzałyśmy w Nuneaton całymi tygodniami. Mój tata wydawał się urażony tą bliskością, którą z nią dzieliliśmy.

Pam urodziła się pierwsza, w 1950 roku, co tłumaczy wysokie oczekiwania związane z tym, żebym była chłopcem. W efekcie od samego początku obie byłyśmy rozczarowaniem dla naszego ojca. Przygotowując się do przyjścia na świat swego syna, ozdobił pokój dziecięcy tapetą z żołnierzykami. Wprawdzie zaakceptowałyśmy taki wystrój naszej sypialni, to zawsze nas ciekawiło, skąd wziął się ten pomysł. Tato zmienił w końcu tę tapetę, kiedy byłyśmy w wieku około 10 lat. Żołnierze zostali zastąpieni czerwonymi różami. Nie zrobiło to na mnie wrażenia, i tęskniłam (wolałam poprzednią tapetę) za tymi żołnierzami.

A więc byłam tą Christiną, nie Christopherem, ale tato zawsze posługiwał się drugim imieniem, Carol, lub ksywkami Tuppence czy też Sputnik. Jeśli coś nabroiłam, albo gdy chciał okazać mi pogardę, zwracał się do mnie używając „Christine”, niemalże wypluwając na mnie to słowo. O ile ja posiadałam kilka imion i ksywek, tak moja siostra była nazywana przez niego za pomocą różnych wariacji tylko jednego imienia, Pamela. Wyglądało to na jakiś kod wykorzystujący odpowiednie imiona do określania aktualnych nastrojów ojca. Szybko zdałam sobie z tego sprawę i reagowałam zgodnie z tym, jakie imię zostało przez niego zastosowane.

Dla mamy zawsze byłam Carol, kochała mnie bez względu na to, co zrobiłam (byłam trochę takim diabłem wcielonym). Była radosna i dużo śmiała z nami, gdy taty nie było w pobliżu, a także śpiewała podczas zajmowania się obowiązkami domowymi. Jej życzliwość i ujmująca czułość były całkowitym przeciwieństwem chłodnego dystansu ojca. Gdy pracował na nocnych zmianach, tuliłam się do mamy w ich wielkim łóżku i odpływałam w sen. Oglądając telewizję, siedziałam przy jej stopach blisko kominka, a ona głaskała godzinami moje włosy – dopóki ojca nie było z nami.

Te pełne czułości chwile były często przerywane przez tatę wchodzącego do pokoju i zagłuszającego tę spokojną atmosferę opryskliwym „Wstawaj z podłogi” – jakby mówił do psa. Przypominam sobie tylko jeden raz, kiedy wziął mnie na ręce. Miałam wtedy około 6 lat. Wyrywano mi zęby i byłam jeszcze odurzona znieczuleniem, więc musiał mnie jakoś zabrać do domu. Nie był to jakiś gest miłości, aczkolwiek wmawiałam sobie, że mimo wszystko mnie kochał, bo trzymał mnie bezpiecznie w swoich ramionach i kupił mi tabliczkę czekolady. Było to nie na miejscu, gdyż miałam krwawiące dziąsła i nie mogłam niczego jeść.

Mama poślubiła tatę w 1948 roku; była od niego sześć lat starsza. Początkowo mieszkali z ojcem mamy w Wadham Grove, w Hull, a następnie zostali przekwaterowani na Staveley Road, na kompletnie nowe osiedle komunalne Bilton Grange, około 7 km od centrum miasta. Rodzaj wykonywanej pracy rodziców oznaczał, że byliśmy jedną z nielicznych rodzin o pożądanych cechach wśród węglarzy, robotników przemysłowych i portowych w naszej okolicy. Nieopodal mieszkała rodzina Scottów. Pan Scott, przysadzisty ale o łagodnym usposobieniu robotnik portowy, wyrwałby bezboleśnie moje mleczaki i dałby mi centa. Wkrótce jednak rodzina ta się wyprowadziła, a jej miejsce zajęli Smithowie z ósemką dzieci. Teraz było z kim się pobawić – no i mieliśmy od pani Smith świeżo upieczony chleb. Roznoszący się zapach z pieca był niesamowity. Pani Smith zapraszała mnie, a następnie dawała gorącą pajdę z topiącym się na niej i kapiącym masłem. Po drugiej stronie była rodzina Goodrich, która różniła się od pozostałych. Należała raczej do klasy średniej i miała nieskazitelnie czysty dom, ogród oraz lśniący samochód. Posiadanie samochodu było rzadkością. Jak dobrze pamiętam, to na naszej ulicy widziałam cztery zaparkowane samochody. Elaine Goodrich została jedną z moich najlepszych koleżanek. Spaliśmy w sąsiadujących sypialniach i gdy zapukało się w ścianę, był to sygnał, by się wychylić i porozmawiać w otwartych oknach, czy też wymienić się komiksami, które podawaliśmy sobie na sznurku lub bawełnianej nitce.

Osiedle Bilton Grange zostało postawione w ramach powojennego programu zagospodarowania przestrzennego. Jako że w Hull był trzeci co do wielkości port w Wielkiej Brytanii, miasto to należało do jednych z najdotkliwiej zbombardowanych
w czasie wojny, więc generalna odbudowa była niezbędna w procesie usuwania uszkodzonych lub zburzonych budynków. Nowe osiedle, na którym mieszkałam, posiadało deptak handlowy, bibliotekę, skwer parkowy, a nawet kino, The Berkeley. Pojawiło się ono w samą porę, aby chodzić na sobotnie poranki filmowe dla dzieci, zobaczyć takie klasyki, jak Flesh Gordon, The Lone Ranger i The Three Stooges, a także rywalizować w yoyo. Ale i tak zazwyczaj, jak tylko gasło światło, ja i mój najlepszy kumpel, Les Maull, zaczynaliśmy rozrabiać. Rzucaliśmy w ekran patyczkami od lizaków i zwiniętymi opakowaniami po słodyczach, a potem raczkowaliśmy wzdłuż rzędów foteli po drewnianej podłodze, pełnej roztopionych lodów, lizaków z mrożonego soku oraz porozrzucanych brudnych cukierków. Wrzeszcząc i rechocząc, urządzaliśmy z bileterami zabawę w „Złap mnie, jeśli potrafisz” dopóki nie zwialiśmy przez wyjście ewakuacyjne lub nie zostaliśmy wyrzuceni z kina.

Choć w tym celu został wybudowany skwer parkowy, ja i moi przyjaciele woleliśmy bawić się tam, gdzie rodzice nam zabraniali, czyli na tzw. Hałdzie. Często tam chodziłam, do odkrytego, odosobnionego miejsca z tyłu pagórków, schowanego wśród wysokiej trawy i krzaków, gdzie samotnie siedziałam i myślałam o niebieskich migdałach. Uwielbiałam te wszystkie zapachy i spokój. Miałam tamto swoje miejsce; własny czas i własne myśli, które mogły gdziekolwiek mnie poprowadzić bez przeszkód i osądów. Byłam (i nadal jestem) skłonna do oddalania się we własne myśli. Ojciec krzyknąłby, „Pobudka, śpiąca królewno!”. Nie znosiłam takiego nagłego przebudzenia. Lecz tam, na Hałdzie, otulona bezpiecznie naturą, byłam szczęśliwa. Mogłam pozwolić swojej wyobraźni swobodnie się poruszać i było to wszystko jeszcze bardziej przekonywujące, ponieważ działo się to w miejscu, gdzie nie powinno mnie być. Moja upatrzona idylla spokoju, gdzie czułam się bezpieczna i wyciszona, była w zasadzie pokrywą zielska i dzikich kwiatów, która kamuflowała szczątki straconych istnień, zniszczone nadzieje i marzenia. Nie wiedziałam, że było to stare wysypisko śmieci, pełne gruzu z czasów wojny, stosów nagrobków, cegieł i szkła ze zbombardowanych budynków. Dla nas, Hałda była jedynie miejscem, gdzie były fajne pagórki do zjeżdżania na kartonach pozyskanych po drodze z zaplecza sklepowego. Te pagórki, które tak bardzo lubiliśmy, powstały z pozostałości masowych wyburzeń powojennych. W ich rejonie środkową część oczyszczono, by położyć bieżnię oraz żużlową ścieżkę rowerową – wszystko równo wydrążono i wyglądało to, jak wielki okrągły pączek przykryty błotem i trawą. Nie korzystaliśmy z bieżni; woleliśmy wspinać się po tych wałach z gruzem, bawić się
w chowanego lub w Indian i kowbojów z udawaniem koni galopujących w dół oraz
w górę po nierównościach i wybojach zakopanych pozostałości. Zawsze się upierałam, by zostać Indianką, ponieważ, na tyle co widziałam w filmach, były zadziornymi wojowniczkami, które jeździły na koniach jak mężczyźni, no i też pragnęłam być w centrum wydarzeń.

Wszyscy poszliśmy na Hałdę, gdy „znalazłam” w domu banknot pięciofuntowy.
Ojcu wypadały drobne z kieszeni do naszej starej sofy i foteli, a ja pukałam je od spodu, żeby sprawdzić, czy zabrzęczą tam jakieś pieniądze. Moje małe ręce mogły sięgnąć daleko pod okładzinę. Gdy znalazłam ten ukryty banknot pięciofuntowy, byłam niesamowicie podekscytowana. Miałam chwile wahania typu: „Czy powinnam…?”, wtenczas poszłam z tym banknotem do Les oraz jego sióstr, a tam wszyscy podjęliśmy niejawną, aczkolwiek bardzo mądrą decyzję, aby wydać te pieniądze w całości na ciastka i słodycze. Z dala od zasięgu wzroku, w wysokiej trawie na Hałdzie siedzieliśmy i zajadaliśmy się naszymi zapasami słodkości.

Było to zupełnie normalne, że widoczne zniszczenia spowodowane bombardowaniem Hull były przeze mnie i moich przyjaciół, jak to dzieci, wszędzie odwiedzane. Te miejsca po bombach, które okazały się dla mnie tak ważnym źródłem fascynacji, stały się placami zabaw, a także punktem wyjścia naszych fantazji o ludziach, którzy tam kiedyś żyli. Zabawki, pianina, pozostawione kuchnie prawie nienaruszone, obszarpana tapeta na jednej ocalałej ścianie domu z kominkiem, z połową klatki schodowej, czy też małą częścią niepewnie zwisającej podłogi z sypialni… Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że uniknęliśmy urazów, gdy wdrapywaliśmy się po tych chwiejnych schodach i uszkodzonych deskach podłogowych.

Na naszym osiedlu było dużo bójek, a mój tato, na swój sposób, chciał mnie hartować. Z powodzeniem, ponieważ do dziesiątego roku życia byłam dumna, że mogłam się obronić przed każdym w mojej klasie, chłopcem czy dziewczyną, i większością na osiedlu. Nie poddawałeś się lub cierpiałeś. Gdy informacja się rozniosła, ludzie utrzymywali dystans, a ja zwykle nie miałam problemów. Nieporozumienia były rozwiązywane od razu i żyło się dalej, często pozostając nadal przyjaciółmi. Gdy starsza dziewczyna mnie pobiła, ojciec wysłał mnie uzbrojoną w nożyce ogrodowe do jej domu. Była dwa razy ode mnie starsza i większa. Obłęd. Nie miałam żadnego wyboru, jak tylko iść tam zgodnie z jego poleceniami. Stanął na końcu naszej dróżki i patrzył, by mieć pewność, że zrobiłam to, co mi powiedział. Zapukałam do drzwi, a gdy tylko je otworzyła, uderzyłam ją od razu z pięści, jednocześnie krzycząc, że jeśli jeszcze raz kiedykolwiek mnie dotknie, to wrócę i dostanie tymi nożycami. Takie było Hull dla ciebie.

Bycie powojennym dzieckiem oznaczało także, że moje młodzieńcze lata wiązały się z milczącą akceptacją śmierci (a także lękiem przed nią) z powodu nieuleczalnej choroby. Państwowa Służba Zdrowia ledwie zaczęła funkcjonować. Ruszyła w 1948 roku. Szkarlatyna, odra, różyczka, świnka oraz krztusiec były na porządku dziennym i miały swoje ofiary śmiertelne. Ja i moja siostra mogłyśmy na te wszystkie choroby zachorować. Jednakże Pam była bardziej ode mnie chorowita, a ponadto nabawiła się mononukleozy zakaźnej i zapalenia płuc. Troszczyłam się o nią, gdyż wydawała się być bezbronna, wstydliwa i nie taka pewna siebie, jak ja, więc biłam się często w jej obronie, mimo iż była piętnaście miesięcy starsza. Angina była tak powszechna, że wycinanie migdałków było zalecane dla tych, którzy często na nią chorowali. Z entuzjazmem poddawaliśmy się temu, gdy się dowiedzieliśmy, że kuracja obejmowała jedzenie galaretki i lodów. Po usłyszeniu, iż kilkoro dzieci zmarło w czasie tej operacji, nie byliśmy już tak chętni.

Było jednak słowo „rak”, którego każdy bał się najbardziej. Dziewczynka z mojej szkoły podstawowej zmarła na raka. Miała na imię Elizabeth i grała Marię w jasełkach podczas świąt Bożego Narodzenia, a potem nie wróciła już do szkoły. Wszyscy wiedzieli, że umierała – powiedziano nam to na apelu – i przechodziliśmy obok jej domu każdego dnia, do i ze szkoły, martwiąc się o nią, lecz byliśmy zbyt młodzi, by w pełni zrozumieć czym tak naprawdę jest umieranie. Głównie dlatego, że na tym apelu wspomniano jeszcze o tym, iż pójdzie ona do „nieba” i będzie szczęśliwa.

Miałam około 10 lat, kiedy mama zachorowała na raka piersi. Jej matka zmarła na to, więc nie było to wielkim zaskoczeniem. Panowało ogólne przekonanie, że rak zabijał cię powoli i boleśnie. Gdy się dowiedziałam, od razu pomyślałam o babci i Elizabeth, a także przyszły mi do głowy mroczne myśli o stracie mamy. Miała zabieg, który teraz jest nazywany lumpektomią. Pamiętam, jak leżała w łóżku i płakała, bo myślała, iż guz znów się pojawi, a ojciec starał się ją pocieszyć i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Na szczęście całkowicie wyzdrowiała.

Dziadek nie miał tyle szczęścia. Zmarł na raka kości kilka lat później. Przypominam sobie, jak zabrano mnie do szpitala, by go zobaczyć, nie zdając sobie sprawy, że ta moja „wycieczka” była ostatnim pożegnaniem z nim. Był to jasny, słoneczny dzień. Ubrana odświętnie, poinstruowana, stałam na zewnątrz i oczekiwałam na pozwolenie wejścia. Szpital był wiktoriański, zbudowany ze starej czerwonej cegły, z dużymi oknami, ascetyczny. W oddziale onkologicznym, gdzie leżał dziadek, panowała woń rozkładających się ciał, przynajmniej tak sobie ją wyobrażałam, która przyprawiła mnie o mdłości. Wtedy ujrzałam dziadka. Był teraz żółty, leżał w czymś, co wyglądało jak wielkie łóżko z białą pościelą, która była subtelnie i schludnie zaścielona. Ale to nie łóżko było tak ogromne, tylko to on był tak mały. Została z niego sama skóra i kości. Był tak życzliwym, łagodnym człowiekiem, i gdy usilnie starałam się uzasadnić sobie, jak coś niewidzialnego mogło doprowadzić do tak strasznego stanu, spojrzałem na niego i uśmiechnęliśmy się do siebie. Mniej więcej w tym okresie tato rzucił palenie. Każdy chorujący na raka, jakiego znaliśmy, był palaczem. Ludzie wiedzieli, że palenie szkodzi zdrowiu. Papierosy były nazywane „gwoździami do trumny”, a związany z palaczem kaszel często żartobliwie określano: „Nie jest ważne, jak umrzesz, tylko kiedy i jak cię pochowają”.

Wciąż świetnie pamiętam swój pierwszy dzień w szkole podstawowej. Ogromny hol pachnący pastą do podłogi i środkami czyszczącymi, pełen milczących dzieci siedzących na parkiecie po turecku z brązowymi identyfikatorami zawieszonymi na szyjach. Nie byłam zdenerwowana tym, że miałam iść do szkoły, ponieważ Pam już do niej chodziła, a ponadto rozpoczęłam naukę wspólnie z Les. Jedliśmy razem błoto, węgiel, kwiaty i listki koniczyny, a teraz przystąpiliśmy do jedzenia kredek świecowych, które nam wręczono w szkole. Fioletowe kredki były chyba najsmaczniejsze i musieliśmy podejrzanie często prosić o zamianę innych kredek akurat na takie właśnie. Mieliśmy niedaleko do szkoły i po drodze spotykaliśmy przyjaciół. Wielu z nas trajkoczących i przechodzących przez jezdnię nadzorowała strażniczka miejska, nasza wesoła „Agatka”, pani Stephenson.

Gdzieś w połowie trwania edukacji w tej szkole zamieszkała przy naszej ulicy nowa rodzina, jakieś cztery numery ode mnie. Wzbudziła moją ciekawość, nie dlatego że było w niej tak dużo dzieci – było to normalne – ale dlatego, że wszystkie dziewczynki były złocistymi blondynkami, które miały piękne, błyszczące loki. Poznałam Margaret, która była w moim wieku i razem chodziłyśmy do szkoły. Zawsze byłam zapraszana do ich kuchni. Na ich podłodze nic nie było, żadnego dywanu, tylko goły beton. Nigdy nie byłam w domu, który byłby tak spartański. Wiedziałam o byciu biednym i spłukanym z pieniędzy, ale to było ubóstwo. Jakkolwiek nie było to, z całą pewnością, wesołe miejsce. Gdy mama otoczona dziećmi siedziała zajęta szykowaniem ich do szkoły, panowała tam pewnie ciepła i przytulna atmosfera. Wszystkie te dziewczynki miały pasemka związanych włosów starymi, bawełnianymi szmatkami, które zabawnie sterczały w różne strony lub zwisały jak szerokie paski wielokolorowej, skręconej liny. Był to ciekawy widok, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Mama ostrożnie im usuwała szmatki z włosów, a ja oniemiałam widząc, gdy cudownie lśniące, długie, zakręcone loki wyskakiwały i lądowały nad ich ramionami. Chciałam mieć takie włosy, a nie jak te moje, krótkie, ostrzyżone na „boba” z charakterystyczną  wstążką na czubku głowy. Loki lepiej oddawały moją osobowość.

Codziennie płaciliśmy sześć pensów za przepyszne, gorące obiady w szkole, gdzie za darmo dawano nam jeszcze szklankę mleka, które było zamieniane latem, ku naszej uciesze, na sok pomarańczowy. Przypuszczam, że nie czyniono tego dla naszej przyjemności, ile z powodu kwaśnienia mleka w upale. Gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia byliśmy wszyscy instruowani, by zachować nasze srebrne pokrywki od butelek po mleku, a także specjalne wieczka z nadrukiem listka ostrokrzewu. Wszystko miało być umyte, zgniecione i nawleczone na sznurek, a następnie wykorzystane jako klasowa dekoracja.

W czasie letnich wakacji chodziłam często własnymi ścieżkami. Zapisałam się do dwóch bibliotek, do których dojeżdżałam rowerem. Szukałam zajęcia jak najdalej od domu, głównie by unikać ludzi, których znałam, a którzy mogli donieść mojemu ojcu, co nabroiłam. Jedna biblioteka była położona na obrzeżach naszego osiedla, a druga na pobliskim osiedlu Longhill. To właśnie tam odkryłam książki o mitach greckich, które otworzyły przede mną nowe obszary myślenia. Rozwinęłam w sobie nienasycony apetyt na czytanie.

Potem przestałam tam chodzić, i nie nastąpiło to z przyczyn związanych z książkami. W czasie moich częstych wizyt zaprzyjaźniłam się z grupą dziewczyn, które mieszkały niedaleko tej biblioteki. Pojawiła się dziwna sytuacja. Zachęciły mnie, by pójść z nimi zobaczyć starszego faceta, którego regularnie odwiedzały. Miałam odczucie, jakbym z zewnątrz oglądała siebie przyglądającą się ich rozgrywanemu przedstawieniu. Zapukały do jego drzwi, otrzymały zgodę na wejście, a gdy on zniknął z widoku, jedna lub dwie dziewczyny poszły i skradły słodycze oraz pieniądze z walizki, którą trzymał pod łóżkiem. Była pełna tabliczek czekolady i woreczków z cukierkami. Wszystko było wymieszane ze srebrnymi szylingami oraz sześciopensowymi monetami. Miałam niepokojące przeczucie, że ten facet wiedział dokładnie, co się wydarzy, ponieważ ta walizka wydała się być za każdym razem uzupełniana na kolejne odwiedziny dziewczynek. Nie mam pojęcia, skąd mogły wiedzieć, że jest tam taka walizka – w dodatku w jego sypialni. Byłam tam jedynie kilka razy. Towarzyszyło tym wizytom dziwne uczucie, i patrząc z perspektywy czasu, raczej podejrzane.

No i prawdopodobnie mój tato był świadomy takich spraw, sądząc po jego reakcji na wcześniejsze zdarzenie. Pewnego popołudnia miałam wypadek. Upadłam z roweru i straciłam przytomność. Przypominam sobie, jak się otrząsnęłam i zobaczyłam mężczyznę stojącego nade mną, który się zapytał, czy dobrze się czuję. Byłam nieźle oszołomiona i pamiętam, gdy wręczał mi monetę sześciopensową, z której byłam bardzo zadowolona. Podziękowałam, wzięłam rower i wróciłam do domu. Gdy rodzice wrócili z pracy, wieczorem opowiedziałam im, co się stało. Tato wkurzył się na mnie, że wzięłam pieniądze od nieznajomego mężczyzny. Nie miałam zielonego pojęcia, o co mu chodziło. Może to była jego nagła reakcja na to, co zasiało mój niepokój w sprawie tego starszego faceta i jego walizki ze słodyczami. A może wynikało to również z doświadczenia, które przeżyłam w Beverley Westwood, gdy ja, Les, jego siostry i dwoje innych przyjaciół wyruszyliśmy na kilkunastokilometrową wycieczkę rowerową do lasu. Byliśmy tam kilka godzin, bawiąc się w chowanego i robiąc na siebie zasadzki. Nagle Louy krzyknęła, „Popatrzcie na tego faceta!”. W odstępie między drzewami mogliśmy wyraźnie zobaczyć jakiegoś stojącego mężczyznę patrzącego na nas. Potem spojrzeliśmy w dół na jego dłonie, po chwili spojrzeliśmy na siebie, a potem znów na jego ręce. Nasze oczy skierowały się na jego… pobudzonego penisa, którego trzymał w dłoni na nieskazitelnie białej chusteczce. Zatkało nas. Potem rozległ się krzyk: „Na niego!” Chwyciliśmy z ziemi trzy największe gałęzie, aby mu przywalić i obedrzeć ze skóry. Rzucaliśmy za nim kamieniami, wrzeszcząc „ty parszywy pederaście!” Wybiegł z lasu i uciekł przez pole. Nie mam pewności, czy miał nawet czas na schowanie swojego kutasa. Rozmawialiśmy o tym zdarzeniu przez całą drogę powrotną do domu i klęliśmy. Wydawało się, że aż z nas parowało z tych wrażeń.

Nasz „gang”, a był to gang, miał dobrą opinię i nie było z nim problemów zwykle. Louy była twardzielką. Pewnego dnia, gdy bawiliśmy się w East Park na „Skałkach” (podrabiana ruina zamkowa), jakiś kawałek od naszego osiedla, ale stale tam bywaliśmy, napotkaliśmy grupę dzieciaków z sąsiedniego osiedla Longhill. Panowała rywalizacja pomiędzy nimi a dziećmi z naszego osiedla, która często prowadziła do bójek, kradzieży rowerów i nocnych eskapad złodziejskich w podbieraniu sobie drewna z okazji rozpalania ognisk w Dniu Guya Fawkesa. Wszyscy chłopcy z Longhill wykrzykiwali do nas obelgi ze szczytów murów i rzucali w nas kamieniami. Louy bez wahania wbiegła na górę i zaatakowała ich wszystkich, jednego po drugim. Była nieustraszona oraz silna, jak jej starsza siostra, Pat. Jeśli przyszedłby ktoś do nich z jakąś bronią, to natychmiast pozbyłyby się jej, a na koniec dostałby z liścia. Wszystko sprowadzało się do ustanowienia hierarchii w naszym środowisku, i nie było to znane jedynie na nowych osiedlach; mentalność samo-przetrwania ujawniała się w całym mieście, włączając biedniejsze dzielnice, gdzie mieszkały najgorsze, bez żadnych zasad zawadiaki. Les i ja mieliśmy do czynienia z trzema chłopakami pochodzącymi z gorszej części miasta, podczas wyjazdu na kąpielisko znajdujące się we wschodnim Hull. Gdy doszło do bezpośredniej konfrontacji, Les szybko odwrócił się do mnie i szepnął, „Drap, wkładaj paluchy do oczu, cokolwiek, bo tak oni robią”. Nie ma żadnych norm i zasad, tylko podstawy wyprzedzającego uderzenia, szybkość i wściekłość.

Strategia się sprawdziła i wróciliśmy do domu bez szwanku… Ale wcześniej, jak zawsze, zahaczyliśmy do sklepu ze słodyczami po drugiej stronie ulicy. Był to typowy, podupadły sklep, jaki można zobaczyć w każdym czarnobiałym filmie angielskim z lat 50. Należał do starego mężczyzny, który mieszkał na jego zapleczu. Zawsze byliśmy wygłodniali po pływaniu i kupowaliśmy paczki chipsów Tudora oraz tak dużo cukierków, na ile było nas stać. Kiedyś musiał po coś wyjść i zostawił nas samych. Wielki błąd. Wszystkie te cukierki Flying Saucers, oranżadki w proszku, lukrecje i, moje ulubione, tabliczki czekolady Fry’s Five Boys krzyczały, „Weź mnie! Weź mnie!” Zgarnęliśmy, co mogliśmy i wybiegliśmy ze sklepu przed powrotem jego właściciela.

Nie mieliśmy ani szkółek letnich ani klubów do zajmowania nam wolnego czasu; jedynie ciastka Brownie, którymi obrzucałam się z harcerzami w toalecie dla chłopców. W wieku około 8 lat wzięłam udział z Les w pewnym projekcie – który uważam za swój pierwszy artystyczny „performance”. Postanowiliśmy wystawić u Lesa w ogrodzie naszą wersję musicalu „Król i Ja”. Było to wielkie przedsięwzięcie – dla nas, w każdym razie. Nawet zrobiliśmy odręcznie bilety oraz upiekliśmy ciasteczka na sprzedaż po zakończeniu przedstawienia. Ja wystąpiłam jako nauczycielka, natomiast Les wcielił się w rolę króla i z zaangażowaniem odegrał scenę swojej śmierci.

053 O’NANCY IN FRENCH “O’Nancy In French” CD

discogs

IMG_8216

Finally on CD!!!  The epic, noise industrial music by a cult duo (known from collaboration with John DUNCAN and his CV MASSAGE) from Japan in 1984. Remastered by Nobuo Ishizaki. The CD was issued in a limited edition of 200 copies in jewel cases including a four-page booklet with liner notes in English and Japanese by Takuya Sakaguchi.

O’NANCY IN FRENCH – Untitled Part 1 (un-remastered version from original cassette item)

050 Frakcja Supramuzyczna Galerii: “Nie-Galerii” “Omniofonia” 3 x CD

przód okładka discogsIMG_7984

Limited edition of 200 hand-numbered copies, in solid, cardboard boxes, including 24-paged booklet with archive photos and Alexander Sikora’s articles about biography, artistic ideas and musical sessions.

The CD set  contains the most seminal examples of sound creation output of  Frakcja SupraMuzyczna Galerii: “Nie-Galerii” (SupraMusical Fraction of Gallery: Non-Gallery).

In FSM GnG we acted somewhat along these lines, albeit without intending to create any closed composition, or considering any aesthetic factors in our work with sounds. Our goal was to improvise (haphazard) juxtapositions of concrete sounds of reality (i.e. sound objects) with sounds made with use of primitive musical instruments (none of us could play any instrument in a conventional sense) – as a way of documenting a contemporary state of our existence and/or certain deeply felt atmosphere of the moment. In fact, we were not creating any.

(excerpt of Alexander Sikora’s text from booklet to this release)

Frakcja Supramuzyczna Galerii: “Nie-Galerii” – Sesja I 04_05.1984 track

Sale